Tekst ten inauguruje kategorię “Felieton”, w której prezentowane będą dłuższe formy tekstowe luźno związane z polską sceną soundsystemową. Poniższy felieton został napisany ponad rok temu, kiedy o RR2.0 nawet jeszcze nie myśleliśmy – na szczęście za dużo się nie zdezaktualizował. Miłego czytania!
Parę osób pytało mnie jakim cudem w takim krótkim czasie udało się skompletować grający Soundsystem. Z wielkiej litery z premedytacją – dla odróżnienia dwóch tworów kultury polojamajskiej: soundsystemu czyli przynajmniej jednego selektora z torbą pełną cdków/winyli oraz Soundsystemu czyli kupy drewna, głośników, kabli oraz całej masy sprzętu elektronicznego powodującego, że soundsystem może zaprezentować swoje możliwości w 100%.
Wbrew temu co uważa część kolegów wcale nie pieniądze były głównym motorem działań. Oczywiście bez nich nic by się nie udało, lecz patrząc z perspektywy czasu jedynie determinacja pozwoliła na złożenie kompletnego trójdrożnego soundsystemu w nieco ponad rok. To właśnie determinacja kazała mi ruszyć do Londynu na Notting Hill Carnival, żeby zobaczyć tuzów angielskiej sceny soundsystemowej w działaniu i podglądać “jak to działa” na żywo. To determinacja pchała nas do ślęczenia nad planami skrzyń głośnikowych, do pierwszych obliczeń i nocnych posiedzeń przy wybieraniu wzmacniaczy. Ktoś mógłby napisać: “Przecież wystarczy kupić wzmacniacze i głośniki, podpiąć do siebie i grać”. Co z kluczową unikalnością?
