Zacznę od tego, że należę do sporego grona Shaka-ites, czyli jestem poniekąd wyznawcą stylu grania soundsystemów, które uprawia od blisko 30 lat Jah Shaka. Setki przesłuchanych, w większości nielegalnie nagranych bootlegów z jego imprez, wyszukiwanie śladowych ilości materiałów video z jego imprez, dość dokładnie śledzenie tego co, kiedy i jak gra – to tylko początek listy. Od kiedy po raz pierwszy raz usłyszałem ten pierdzący, mocno przesterowany bas, wycie syren oraz mistyczny śpiew, wiedziałem, że to jest początek czegoś nowego w moim życiu. Splot szczęśliwych dat i okoliczności, dobre serce mojej ukochanej żony oraz gościnność londyńskich znajomych (bigup Jacek!) pozwoliły mi na zobaczenie na własne oczy i uszy Jah Shaki w jego naturalnym otoczeniu.
19 grudnia 2008 roku w godzinach popołudniowych koła samolotu, którym lecieliśmy wraz z małżonką, dotknęły betonowego pasa lotniska Heathrow. Dłuższa chwila kołowania (lotnisko to jest jednym z największych na świecie!) i lądujemy w metrze, jedziemy na kolejne legendarne miejsce, czyli Brixton. Tam czekają na nas Jacek, Jaś i Maja. Lubię gorącą Victorię, zawsze jak nią jadę, przypomina mi się scena z filmu Babylon, w której główny bohater jedzie na imprezę Shaki. Na miejscu, pomimo zmęczenia przebieram nogami, mylnie zakładając, że będziemy na imprezie od samego początku. Jedzenie, dyskusje, – czas sączy się niemiłosiernie wolno. Podobno nie warto się pojawiać na takich imprezach za wcześnie, nie jesteśmy w Polsce!
