Next gigs

Jah Shaka @ Silverspoon, Londyn

Posted: February 26th, 2009 | Author: jakub | Filed under: After sessions | Tags: Jah Shaka, Londyn, Silverspoon, soundsystem | 2 Comments »

decendants-of-asher-front31Zacznę od tego, że należę do sporego grona Shaka-ites, czyli jestem poniekąd wyznawcą stylu grania soundsystemów, które uprawia od blisko 30 lat Jah Shaka. Setki przesłuchanych, w większości nielegalnie nagranych bootlegów z jego imprez, wyszukiwanie śladowych ilości materiałów video z jego imprez, dość dokładnie śledzenie tego co, kiedy i jak gra – to tylko początek listy. Od kiedy po raz pierwszy raz usłyszałem ten pierdzący, mocno przesterowany bas, wycie syren oraz mistyczny śpiew, wiedziałem, że to jest początek czegoś nowego w moim życiu.  Splot szczęśliwych dat i okoliczności, dobre serce mojej ukochanej żony oraz gościnność londyńskich znajomych (bigup Jacek!) pozwoliły mi na zobaczenie na własne oczy i uszy Jah Shaki w jego naturalnym otoczeniu.

    19 grudnia 2008 roku w godzinach popołudniowych koła samolotu, którym lecieliśmy wraz z małżonką, dotknęły betonowego pasa lotniska Heathrow. Dłuższa chwila kołowania (lotnisko to jest jednym z największych na świecie!) i lądujemy w metrze, jedziemy na kolejne legendarne miejsce, czyli Brixton. Tam czekają na nas Jacek, Jaś i Maja. Lubię gorącą Victorię, zawsze jak nią jadę, przypomina mi się scena z filmu Babylon, w której główny bohater jedzie na imprezę Shaki. Na miejscu, pomimo zmęczenia przebieram nogami, mylnie zakładając, że będziemy na imprezie od samego początku. Jedzenie, dyskusje,  – czas sączy się niemiłosiernie wolno. Podobno nie warto się pojawiać na takich imprezach za wcześnie, nie jesteśmy w Polsce!

Wreszcie w okolicach 23 czasu lokalnego ruszamy, serce zaczyna mi bić mocniej. Po drodze zbieramy Młodego Dziurę i Konrada, koło pierwszej w nocy meldujemy się na miejscu. Za plecami nowy stadion Wembley (robi wrażenie!), w powietrzu z daleka wyczuwalne „natchnienie” i z daleka słyszane pierwsze dźwięki. Bilety w ręku, wchodzimy. W środku jest głośno – ale czego można było się spodziewać po sesji Shaki? Nie po to tutaj przyjechałem? Pięć albo sześć zestawów, średnio po 4-5kW każdy, rozstawione po całej sali, wyglądającej jak miejsce potańcówek dla starszych obywateli miasta Londynu, pod sufitem szklana kula. Na szczęście wyłączona.

Za to zaraz obok stanowiska Shaki można znaleźć stoisko-sklepik, w którym rządzi Young Warrior, syn głównej atrakcji wieczoru. Spod stołu mruga kolorofon w rytm tego co prezentuje Tato, pasuje do wystroju. Chwila na wybór miejsca, w którym wiem, że spędzę następne 5 godzin, zamykam oczy i przenoszę się 20 lat w tył, do sytuacji, o których wspominałem wcześniej, tylko w super jakości. Ten burczący bas, sygnatura Shaki jest niemożliwa do podrobienia. Czuć go wszędzie, w uszach, w brzuchu, w głowie – ale co uzmysłowi mi wielką przepaść między nim a jego następcami – ale nie przeszkadza w to słuchaniu tego co prezentuje Zulu Warrior. Nie spieszy się – gra z jednego, dość wiekowego już gramofonu, cisza między utworami często świszcze w uszach. Pod ścianami widać starszych panów, w zgrabnych garniturach kiwających obutymi w drogie lakierki stopami i leniwie ruszających przykrytymi kapeluszami głowami. Shaka zwyczajowo prezentuje to, co uważa za najlepsze z nowych produkcji: Tula – Prophecy, Sister Mary – Blindeye, G Corporation – Perilous Time. Każdy tę płytę może łatwo kupić, jednak do tego co słychać tutaj, nijak nie można się nawet zbliżyć. Czyste szaleństwo przy control tower, śpiewa, krzyczy, tańczy, kręci gałkami powodując kaskady efektów, pogłosów oraz wydaje się kontrolowanego z najwyższą precyzją chaosu. Temperatura rośnie, powietrze jest gęste od dymu a on coraz częściej między nowości wplata to, czego nie można normalnie usłyszeć na imprezach. To właśnie te mityczne shaka anthems, które na ebayu sięgają szczytów, jeśli chodzi ceny. Barry Brown, Prince Alla, Johnny Clarke, Pablo Moses, Fred Locks. Wyciąga płyty, przy których łzy mi stają w oczach. To jest spełnienie mojego selektorskiego marzenia – usłyszeć te numery, na takim soundsystemie, grane przez tego człowieka. Każdy numer obowiązkowo z wersją dubową, na której ten basowy ekstremista wyciska z nagłośnienia co się da. Gwaan Shaka!!! słychać coraz częściej z różnych stron dancehallu, coraz więcej tancerzy kompletnie zatraca się w tańcu – znowu stają mi przed oczami krótkie video z lat 70. Chociaż głowa poddaje się muzyce całkowicie, ciało nie ma siły, podróż i impreza poprzedniej nocy wykończyły mnie zupełnie. Jednak przez ostatnią godzinę Shaka zabrał mnie do nieba – otrzymałem to, czego się zupełnie nie spodziewałem, czyli Warrior wyciąga swoje dubplaty. Ostatnimi czasy to się nie zdarza, więc w momencie gdy padają pierwsze takty utworu, którego nikt inny nie posiada w tej wersji co on z każdej strony słychać okrzyki more dubplate Shaka!!! i zaczyna się obłęd. Trzy, nawet cztery różne wersje tego samego numeru ale jakże inna! Znowu syreny, śpiew, pogłosy i bas. BAS. O ile wcześniej Shaka wyciągał z soundsystemu wszystko, to tutaj wyciąga 150% – jakim cudem?

Gdzieś czytałem, że jak po sesji Shaka sprawdza głośniki i nie ma ani jednego spalonego, wtedy sesja jest jedynie OK. Teraz rozumiem czemu. Cudem jest, że pomimo natężenia dźwięku można spokojnie rozmawiać, delektować się jakością brzmienia! W okolicach godziny 5 nad ranem nieśmiało zaczynają się zapalać światła pod sufitem, to znak, że impreza zbliża się ku końcowi. To wcale nie znaczy, że odbędzie się to spokojnie – zwyczajowo na koniec Shaka gra dla najtwardszych z najtwardszych. Tym razem jest to dubplate od jego syna, Young Warriora, który dość prężnie poczyna sobie jako selektor oraz producent. Na podstawie tego co usłyszałem, nie boję się o moment, kiedy Shaki zabraknie, będzie miał kto po nim przejąć schedę. Shaka kończy imprezę samym basem od którego wibruje mi mózg, po czym z każdym taktem delikatnie przycisza, uspokaja.

[flash http://www.youtube.com/watch?v=ZEHwXgfA9EE]

Na koniec słyszymy „Jah Rastafari” z ust Shaki i to jest koniec mojego snu – czas do domu. Tej nocy długo nie mogę zasnąć, rozmyślając o spadających gwiazdkach, które spełniają życzenia.


2 Comments on “Jah Shaka @ Silverspoon, Londyn”

  1. 1 JahShaka said at 23:24 on February 26th, 2009:

    Kiedy kolejna wizyta na sesji Shaki? Jakieś plany są, czy raczej spontanicznie?

    Co do relacji pisanej to rewelacja.

    Pzdr Nazim

  2. 2 jakub said at 07:14 on February 27th, 2009:

    Hej,
    cały wyjazd do Londynu to był jeden wielki spontan. Akurat się tak złożyło, że dzień po dniu była sesja Shaki i University Of Dub, tak więc po prostu zabookowaliśmy bilety i ziuuuu! A kiedy następne sesje Shaki? Trzeba śledzić – na razie nic nie wiadomo, po ostatniej mini trasie po Londynie i okolicach musi chyba troszkę odpocząć :)